Ślad węglowy

© CC0 Creative Commons/pixabay

Udostępnij:

O samochodach elektrycznych i hybrydowych pisałem już nie raz, ale ostatnio pojawiła się kolejna ku temu okazja. Otóż, firma analityczna Berylls Strategy Advisors zajmująca się rynkiem motoryzacyjnym wzięła pod lupę samochody elektryczne, a dokładniej – ich ekologiczność. I co? I okazało się, że „elektryki” wcale nie są takie „eko”, jak by się mogło wydawać.


Przeanalizowano tzw. ślad węglowy we wszystkich biorących udział w procesie produkcyjnym pojazdu miejscach, w których zużywa się paliwa kopalne, emitując przy tym do atmosfery dwutlenek węgla. I okazało się, że samochody elektryczne, choć nie mają rury wydechowej i same nie emitują szkodliwych związków do atmosfery, w procesie produkcyjnym generują całkiem spore ilości CO2 w innych miejscach.


TOP w kategorii


#Ludzie i komentarze

samochody elektryczne ślad węglowy



Już samo wydobycie litu do akumulatorów jest sporym obciążeniem dla środowiska, bo jest to pierwiastek ziem rzadkich, a takich pierwiastków jest w skorupie ziemskiej po prostu mało. Następnie zaczynamy produkować akumulatory, co wiąże się z dość sporą emisją CO2. Tak dużą, że np. w Niemczech przeciętny samochód elektryczny musiałby pozostawać w eksploatacji przez co najmniej 10 lat, by zrównoważyć emisję tradycyjnego samochodu z silnikiem spalinowym. I tu zaczyna się robić ciekawie, bo przy założeniu przebiegu 20 tysięcy kilometrów rocznie w ciągu pięciu lat samochód przejedzie 100 000 km, a w 10 lat – 200 000 km. Po pierwszych 100 tysiącach przebiegu samochodu elektrycznego pojemność baterii spadnie o około 20%, podobnie po kolejnych 100 tysiącach. A zatem po 10 latach z deklarowanych 270 kilometrów zasięgu (WLTP) zrobi się 170 km. To oznacza, że baterie są już wyeksploatowane i należy je wymienić na nowe. Ale jak to? Dopiero co zaczęliśmy „nie emitować”, a już trzeba wyprodukować kolejny pakiet baterii?

Udostępnij:

Drukuj



Maciej Blum



Chcesz otrzymać nasze czasopismo?
Zamów prenumeratę
Zobacz również