Do niedawna było to praktycznie wszystko. Badanie okazywało się w sumie formalnoscią, choć – trzeba przyznać – widywało się sytuacje, kiedy jakiś samochód został z przeglądu cofnięty za jakąś rażącą usterkę. Diagności wykrywali awarie zagrażające bezpieczeństwu na drodze, ale zdarzało się, ze przymknęli oko na jakiś drobiazg, który nie był groźny dla ruchu.

Cóż, niedawno zmieniły się przepisy dotyczące systemu badań okresowych pojazdów. Podstawową zasadą, która weszła teraz w życie, jest uiszczanie opłaty zaraz na początku, aby wyeliminować problem niepłacenia za badanie, które kończyło się wynikiem negatywnym. I wedle takich właśnie nowych zasad odbyło się badanie techniczne, na które moje auto trafiło w zeszłym miesiącu. Diagnosta skasował 99 złotych (dlaczego nie 100?), po czym wziął kluczyki i wjechał samochodem na ścieżkę diagnostyczną. Tym razem zbadał samochód bardzo szczegółowo. Amortyzatory, hamulce, luzy w zawieszeniu, oświetlenie, skład spalin… I to ostatnie zdziwiło mnie najbardziej. Samochód wyposażony jest w katalizator, filtr DPF, na desce rozdzielczej nie świeci się żadna kontrolka, a jednak skład spalin został gruntownie przeanalizowany. Było to chyba pierwsze badanie tego auta pod tym kątem. Podczas rozmowy diagnosta stwierdził, że obowiązują teraz nowe przepisy i na badanie każdego samochodu jest przewidziane okienko czasowe wynoszące w przybliżeniu 30 minut. Ani minuty mniej. Krótsze czasy przeglądów od otwarcia zlecenia do jego zamknięcia w systemie są podejrzane, więc auto po prostu musi spędzić „na kanale” te 30 minut, w przeciwnym razie diagnosta będzie miał kłopoty.

W samochodzie wszystko było w porządku, nie było się czego obawiać, ale zdziwiła mnie – w sumie pozytywnie – ta skrupulatność diagnosty. Od dłuższego czasu narzekano na jakość badań technicznych pojazdów, omawiane były problemy związane z dokładnością badań, liczbą niesprawnych pojazdów, cenami za badanie. Teraz można wreszcie spokojnie powiedzieć, że szczegółowość badań robi wrażenie. Jest tylko jeden problem. Cena, o którą walczą diagności, pozostała akurat bez zmian, co z biznesowego punktu widzenia nie wygląda najlepiej – badanie trwa dłużej, więc w ciągu dnia można zdiagnozować mniejszą liczbę samochodów. Opłacalność prowadzenia stacji kontroli pojazdów jest więc chyba mniejsza niż choćby przed rokiem. Przy takiej skrupulatności badania i przy tej samej cenie za pojedynczą usługę zarobek na prowadzeniu SKP jest po prostu mniejszy. I to niezależnie od tego, kiedy pobiera się tę opłatę: przed badaniem czy po jego przeprowadzeniu.