Najlepsi przeszli do półfinału, a po kolejnym etapie do ścisłego finału zakwalifikowało się tylko dwóch zawodników. Zadanie finałowe polegało na tym, by uruchomić samochód, w którym sfabrykowano trzy usterki. Oczywiście na jednego zawodnika przypadało jedno auto, ale w obu do rozwiązania były te same problemy. Wygrywał ten, który szybciej uruchomił silnik, weryfikując przy tym brak błędów w sterowniku.

Zadanie nie należało do najłatwiejszych i zgodnie z założeniem konkursu sprawiło trochę kłopotu. Ciekawie jednak wyglądała praca mechaników, którzy zgodnie ze sztuką, zaczęli od identyfikacji problemu za pomocą testerów diagnostycznych. Warte podkreślenia jest to, że maski w tych samochodach nie zostały otwarte od razu, lecz dopiero po jakimś czasie. Sama diagnostyka komputerowa zajęła około godziny, po czym mechanicy zanurkowali w komorach silników, szukając „w realu” uszkodzonych elementów. Obaj zawodnicy wiedzieli, że najważniejsze to wczytać się w dane i na ich podstawie szukać usterki.

Drugim ciekawym przykładem możliwości użycia testera diagnostycznego jest weryfikacja przebiegu wypadku. Okazuje się, że z pamięci sterowników samochodu można odczytywać nie tylko informacje o błędach, ale także dane na temat okoliczności, jakie panowały w momencie zderzenia. Chodzi tu przede wszystkim o odczyt parametrów jazdy, czyli informacji na temat prędkości pojazdu, sił występujących w trakcie kolizji oraz odczyt rodzaju sygnałów wysyłanych między poszczególnymi sterownikami w trakcie kolizji. To narzędzie jest używane między innymi podczas kontroli roszczeń wysokich odszkodowań w związku z naprawą pojazdów uszkodzonych w wyniku wypadku. Komputer pokładowy staje się powoli „czarną skrzynką”, podobną do tych od lat instalowanych w samolotach. Trzeba tylko potrafić odczytać i zinterpretować zawarte w niej informacje.

Ogólna konkluzja jest taka, że aktualnie do samochodu nie ma co podchodzić bez komputera diagnostycznego oraz ogromnej wiedzy na temat sposobu komunikacji między poszczególnymi sterownikami. Bezpowrotnie minęły czasy, gdy do naprawy używano tylko zawartości wózka narzędziowego. W uproszczeniu – bez komputera ani rusz. I coraz częściej wygląda to tak, że jeden komputer – obsługiwany przez mechanika – szuka defektów w drugim. Takim na kołach.